Will-o-the-Wisp
Richard Thompson trzymał w dłoni list z uniwersytetu. Potwierdzenie przyjęcia go na uczelnię. Ta wiadomość wprawiła go w wyśmienity nastrój. Podzielił się z nią ze swoją dziewczyną, która powiedziała mu, że muszą to wspólnie uczcić. Niech zabiera Collie i jak najszybciej przyjeżdża.
…Richard uściskał swojego czworonożnego towarzysza życia i w takim nastroju opuścili dom.
Była paskudna pogoda. Typowy szkocki deszcz. Chmury zasłaniające wszelkie promienie słońca. Co potęgowało jeszcze wrażenie nocy.
Jadąc samochodem w taką pogodę nie zauważył jelenia, stojącego na środu drogi. Skręcił ostro i samochód przekoziołkował. Omijając jelenia, wpadł do jeziora.
Samochód powoli zaczynał tonąć…
Richard uwięziony nogą, szarpał się bezskutecznie, aż dał za wygraną. Mógł tylko czekać, aż samochód pogrąży się całkowicie w jeziorze.
Collie idź, sprowadź pomoc.
Collie wyskoczyła z samochodu i pobiegła Carsphairn Lane w zupełnych ciemnościach. Chociaż przestało już padać.
Will o the wisp błąkał się w tym czasie po wrzosowiskach. Napotkał w swej wędrówce szczekającego psa. Który kręcił się wokół niego, aż will o the wisp wsłuchał się w to o czym pies do niego przemawia.
Pies pobiegł dalej, gnając w stronę pobliskiego domu, jaki był widoczny w oddali.
Will o the wisp powędrował dalej…trafiając wzdłuż Carsphairn Lane w krainę mgły.
I tak trafił na wrzosowiska, napotykając na swojej drodze Człowieka w kilcie, który zgubił się we mgle…
…a mgła była gęsta jak tkanina starego snu, który nigdy nie chce się skończyć.
Człowiek w kilcie szedł powoli, lekkim krokiem człowieka, który zna każde wzgórze i każdy dźwięk, lecz tego światła nie znał. Zatrzymał się, patrząc jak blada iskra will‑o’-the‑wisp drży na granicy ciemności i powietrza.
Myślał, że to ogarek z ogniska jego plemienia, więc poszedł za nim.
Świetlik poruszał się leniwie, a każdy jego blask rzucał na torf krótkie migotanie światła. Celt słyszał bagno, mokre bulgotanie, ale szedł. I kiedy zrozumiał, że ziemia pod nim zaczyna ciągnąć w głąb, było już za późno. Ostatnim wspomnieniem był chłód wody i blask ognika, który nie zgasł, lecz jakby zaprosił go do środka.
Wpadł – i zamiast ciemności zobaczył ocean słów.
Nie bagno, nie otchłań, lecz świat bez ziemi i nieba, pełen drgań znaczeń, strzępów historii i powidoków ludzkich głosów.
Kiedy zrobił krok, światło rozlało się po nim jak fala. Wtedy usłyszał – nie swój język, a dźwięk, który miał rytm bicia serca.
Szczekanie.
Zawołał, a echo odpowiedziało mu głosem człowieka – słabym, uładzonym przez wodę. Poszedł za tym głosem i zobaczył blask latarki odbity w szybie metalowego wozu. W środku – mężczyzna uwięziony, z rękami unoszącymi się bezradnie wśród bąbli powietrza.
Celt poczuł, że to moment na jeden gest- tak, jakby powstało połączenie między oddechem przyszłości a dawno zgasłą pieśnią przeszłości.
Zanurzył ręce, rozciął pas i wyciągnął Richarda na powierzchnię.
Powietrze przyniosło zapach wrzosu, a wilgoć kładła się na ramionach obiegając czas.
Will o’ the wisp zatańczył jeszcze raz na granicy drogi i torfowiska. A potem zgasł.
Został tylko światło poranka i odgłos morza oddalonego o tysiące lat.
Człowiek w kilcie dotarł do domu. Opowiedział swojej żonie o dziwnym potworze, co z mgły się wyłonił. Świecąc przy tym swoimi oczami. Spoglądał w i rozjaśniał wszystko swoim promieniem.
Dziwny ten stwór człowieka w środku więził i ciągnął go w głębiny.
Magiczny stwór więził go niewidzialną przeszkodą. Napierając, rozbiłem ją. A ona rozpadła się na kawałki. Potem oswobodziłem biedaka z macek potwora. Zanim stwór całkowicie pogrążył się w głębinach.
Młodzieniec wyskoczył, uścisnął mnie radośnie. Mówił coś niezrozumiałym językiem. Nie mogłem nic zrozumieć, jednak wiedziałem, że się cieszy. Uścisnęliśmy się na pożegnanie i wróciłem do Ciebie, Pani Thompson, moja żono ukochana.
A ona usiadła mu na kolanach. Spojrzała mu w oczy, gładząc go dłonią po policzku, powiedziała – oby nasze dzieci maiły tak bujną wyobraźnię jak Ty, mój mężu..i przelała swoją miłość do niego w pocałunku, jakim go obdarzyła…
…po czym w kominku zaskwierczało drewno, a dom wypełnił się zapachem torfu i wrzosu.
On uśmiechnął się nieśmiało, wciąż mając w pamięci błysk ognika i zimny dotyk mgły, której nie potrafił już rozróżnić od własnych snów.
– Być może masz rację, Pani Thompson – mruknął, obejmując ją ostrożnie. – Ale niech nasze dzieci nigdy nie zatracą tego cienia zdumienia, który prowadzi ludzi w nieznane.
Za oknem wiatr zawył cicho, a gdzieś nad wrzosowiskami zapaliło się maleńkie światełko, drgnęło – jak czyjeś oko czuwające pośród mroku – i zgasło.
Nikt już nie mówił o tym ani słowa. Ale czasami, kiedy noc stawała się zbyt ciemna, mężczyzna czuł na skórze lekki chłód wody i smak powietrza z innego świata.
Nie bał się tego wspomnienia – bo gdzieś w głębi wiedział, że każdy człowiek ma swój ognik, który prowadzi go przez mgłę, dopóki potrafi patrzeć ze zdumieniem.
Collie cieszyła się na widok Richarda. Ich radości nie było granic.
Po opadnięciu emocji przyszedł czas na działanie. Richard wyciągnął z kieszeni komórkę. Chcąc wezwać pomoc. Nie zauważył nawet, że wypadł mu list. Który wpadł w kałużę. A błoto przykryło większość kartki. Rozmazując napisy. Jedynie jedno niewyraźne słowo, było widoczne – Thomson.
